•4 Kwiecień 2011 •
Dodaj komentarz
Wiem, że nie będzie to nic nowego i zaskakującego w moim przypadku, ale postanowiłam się odchudzać. Tym razem bardziej się do tego przyłożyć i nie oszukiwać tak strasznie, jak to zwykłam czynić.
Moje ciało osiągnęło punkt krytyczny. Wraz z magiczną granicą wagową – kwintal.
Wydaje mi się, że obrzydzenie, jakie odczuwam patrząc w lustro, powinno dać mi motywację, żeby tym razem wytrwać. A trwać będę musiała długo, bo według moich obliczeń dieta i ustabilizowanie wagi zajmie mi dwa lata. DWA LATA.
Najwyższy jednak czas, żeby zrobić coś ze sobą. Dopóki miałam tylko nadwagę, można było to przeżyć. Teraz jestem jednak już otyła, a to choroba, która rozprzestrzenia się w moim ciele, a doraźne środki leczenia symptomów nic nie pomogą. Czas na pracę i czas na zmiany.
Ważę równy kwintal, tj. 100 kilogramów. Sugerowaną wagą przy moim wzroście i moim wielkim marzeniem jest 68 kilogramów. Zadowolę się jednak (w najgorszym wypadku i traktując to jako górną granicę) wagą 75 kilogramów.
Z bloga mam zamiar zrobić narzędzie wspomagające i mam nadzieję regularnie i sumiennie zapisywać tu wszystko, co jadłam w ciągu dnia. Zaczynam trzymać kciuki.
Napisane w głodne kawałki
•3 Luty 2010 •
Dodaj komentarz
Nie pamiętam już ile razy zaczynałam pisać bloga. Za każdym razem pchana jakąś dziwną potrzebą uzewnętrznienia tego zlepku myśli, który kłębi się się we mnie. Czasem zdarza się mała erupcja, choć rzadko cokolwiek z tego wynika.
Częstokroć wydaje mi się, że to dlatego, że jestem głupia. Tak naprawdę.
Bo całkiem niedawno dopiero udało mi się wejść na ścieżkę godzenia się ze smutną prawdą o mnie samej. A prawda przedstawia się następująco – jestem panną w wieku lat 20 i plus. Nie mam żadnych szalonych zainteresowań czy pasji. Studiuję bez przekonania rzeczy, które w większości uważam za niezajmujące (doceniając jednak wymierne korzyści w postaci wszelkiej maści ulg i widmo trzech literek przed nazwiskiem). Brak mi talentu, co niejako uniemożliwia mi wymarzoną karierę wielkiej pisarki, zatem zadowalam się odmóżdżającą a często irytującą pracą w restauracji typu quick service (bo przecież to nie fast food).
Oprócz już poczynionych, niezbyt przyjemnych, odkryć odnośnie mojej bezwartościowości duchowo-intelektualno- moralnej, staram się teraz wkroczyć na ścieżkę akceptacji mojego ciała, które (w przeciwieństwie do poprzednich przymiotów) wybija się ponad przeciętną dość znacznie. Przypominam bowiem fokę, lwa morskiego, czy może nawet i płetwala błękitnego. Tusza pozostaje moim problemem od zawsze i żadne siły jej nie przemogły.
Więc oto ja. Obraz pierwszy – przypadkowa grubaska, którą widziano w tramwaju nr. 4. Pozdrawiam.
Napisane w mhm