Nie pamiętam już ile razy zaczynałam pisać bloga. Za każdym razem pchana jakąś dziwną potrzebą uzewnętrznienia tego zlepku myśli, który kłębi się się we mnie. Czasem zdarza się mała erupcja, choć rzadko cokolwiek z tego wynika.
Częstokroć wydaje mi się, że to dlatego, że jestem głupia. Tak naprawdę.
Bo całkiem niedawno dopiero udało mi się wejść na ścieżkę godzenia się ze smutną prawdą o mnie samej. A prawda przedstawia się następująco – jestem panną w wieku lat 20 i plus. Nie mam żadnych szalonych zainteresowań czy pasji. Studiuję bez przekonania rzeczy, które w większości uważam za niezajmujące (doceniając jednak wymierne korzyści w postaci wszelkiej maści ulg i widmo trzech literek przed nazwiskiem). Brak mi talentu, co niejako uniemożliwia mi wymarzoną karierę wielkiej pisarki, zatem zadowalam się odmóżdżającą a często irytującą pracą w restauracji typu quick service (bo przecież to nie fast food).
Oprócz już poczynionych, niezbyt przyjemnych, odkryć odnośnie mojej bezwartościowości duchowo-intelektualno- moralnej, staram się teraz wkroczyć na ścieżkę akceptacji mojego ciała, które (w przeciwieństwie do poprzednich przymiotów) wybija się ponad przeciętną dość znacznie. Przypominam bowiem fokę, lwa morskiego, czy może nawet i płetwala błękitnego. Tusza pozostaje moim problemem od zawsze i żadne siły jej nie przemogły.
Więc oto ja. Obraz pierwszy – przypadkowa grubaska, którą widziano w tramwaju nr. 4. Pozdrawiam.
